acTENone, czyli ACTEmu dekada minęła jak jeden dzień

Kolejny nadesłany tekst, ponownie przez Piotrka ‚Acte’ Reczyńskiego, prezesa Krakowskiego Parkour i człowieka odpowiedzialnego za większość parkour parków w Polsce (Flow Parks). Napisany w czwartek, w 10tą rocznicę jego treningów parkour! Zapraszamy do czytania!

acTENone

#gimbynieznajo mógłby się przewinąć w tym tekście tak dużo razy, że moglibyście uznać go za słabą formę lokowania (kręcenia włosów xD) jakiegoś produktu. Spróbuję nie wybiegać zanadto w przeszłość, nie wspominać rzeczy, które pamiętają tylko dinozaury. Nigdy bowiem nie budowałem poczucia własnej wartości na tym, że zacząłem trenować wcześniej od kogoś. “Jak ja latałem małpy na 10 to Ciebie stara w brzuchu miała”. Uuuuuuuu! Czy małolat ma lepszy pocisk?! Od kilku lat nie wiem jak pociągnąć dalej rozmowę zaczętą czyimś pytaniem “a ile już trenujesz?” i następującym “wow, to długo” po mojej odpowiedzi. Od jutra będę mógł być jeszcze bardziej podziwianym po tym jak odpowiem “ponad 10 lat”, bo dokładnie 28.05 zetknąłem się z parkourem na tyle, że coś wewnątrz zaskoczyło, a po nocy spędzonej na buszowaniu po ubogim internecie wyszedłem na pierwszy trening. Swoją drogą, dlaczego oglądając urywkowo Jump London jakoś w 2003 roku, widząc ekipę Parkour Nowa Huta na treningu w 2004 i mając zajawę na sporty miejskie, nie zająłem się PK już wtedy? Pomyślcie, ile takich parkourów “przeszło” Wam koło nosa tylko dlatego, że za pierwszym czy drugim razem to serce jakoś nie zabiło mocniej?

Złapałem zajawę po obejrzeniu reportażu o Urban Free Flow na eXtreme TV. Jeden z gości – Bam – miał koszulkę z napisem Parkour. Zapisałem to na kartce, oglądałem do końca i fru. Google, fora białe, czarne, urbanplayground.up.pl… Poszło.

Niedziela 29 maja 2005 to był dzień, w którym po raz kolejny nieodwracalnie zmieniłem postrzeganie świata. Podobnie jak w podstawówce po zajaraniu się graffiti zacząłem rozróżniać tagi ekip od tagów writerów, zauważać nowe wrzuty, próbować swoich sił, tak samo było w parkourze. Podobnie zafascynowało mnie coś o szemranej reputacji społecznej, coś na pograniczu wandalizmu i rozwijającego zajęcia, sztuki. Wybierałem takie zajawki, bo taki jestem, czy jestem taki, dzięki tym zajawkom? 😉

Znowu wracam do głównego motto mojego poprzedniego wpisu. Powiedzieć, że “parkour dał mi tak wiele” jest banałem i to jeszcze oklepanym. Tak, parkour może dać wiele. Problem w tym, że tylko tym ludziom, którzy mogą to coś wziąć. Te cosie, bo tego jest mnóstwo.

I tak. Parkour dał mi możliwość i warunki do rozwoju, a właściwie do powrotu do stłumionych nieco działań przedsiębiorczych i liderskich. W klasach 1-3 w podstawówce ewidentnie wybijałem się aktywnością ponad klasę. Nie miałem problemu z odezwaniem się publicznie, zebraniem chłopaków do robienia czegokolwiek, bycia po prostu takim klasowym liderem. Ot tak miałem. Klasy 4-6 były klasami sportowymi. Tu już wychodziły kwestie sprawniejszy = lubiany, słabszy = ciota. Sprawniejsi koledzy byli tymi, którzy wiedli prym, a ja stałem gdzieś w środku trzymając trochę z jednymi, trochę z drugimi. Do gimnazjum poszedłem sam i musiałem się wbijać do grupek znających się z podstawówek. Znowu, taki ktoś nie ma za bardzo warunków do liderowania, no bo kim ty ku**a jesteś, pajacu? 😀 Tu można nawiązać do hierarchii poprzez sport – w sportowej podstawówce na WF byłem średni, ale w zwykłym gimnazjum w porównaniu z chłopakami ze zwykłych szkół byłem właśnie tym nieraz najlepszym. Nie powiem, pomogło to budować prymitywny respekt. Aż tu nagle, pod koniec 2 klasy, gdy już pozycja w gimbazjalnym stadzie się mocno ustabilizowała, pojawiło się coś, co mogło nią mocno zachwiać. No bo bez jaj. Po ławkach małpa jedna będzie skakać. A na główkę z parapetu skoczysz? “o! le parkur, też umiem! hyhyhy”. To był jednak ten moment, w którym zdanie kolegów, którym do tej pory chciałem zaimponować przestawało mieć znaczenie.

Parkour dał mi pewność siebie, ale tylko dlatego, że potrafiłem obracać szyderstwa kolegów w żarty. Nigdy w motywację do cięższego treningu. Nigdy na zasadzie “ja wam ku**wa pokażę”. Nigdy nie zaimponujesz komuś, kto nie potrafi docenić tego, co robisz. W ten sposób zmotywowani ludzie często wpadają w sprzeczność “mam w dupie hejterów, pokażę im jak bardzo ich mam w dupie i jak bardzo o nich nie myślę robiąc coś, czego oni nie osiągną”. Robisz to dla siebie, albo nie rób tego wcale. Albo rób to dla innych, ale tylko tych, którzy na tym skorzystają.

Parkour pozwolił mi odkryć i rozwinąć umiejętności trenerskie, szkoleniowe, dydaktyczne. Ucząc się nowych rzeczy samemu lub od kogoś, zawsze kombinowałem jak to przekazać dalej. Dalej to robię i ostatnio mając okazję obserwować jak Akuk prowadzi trening w Norwegii postanowiłem skopiować kilka jego metod i słów i wprowadzić je na treningach prowadzonych przez siebie. Przykładowo postawa szczególnie wskazana na warsztatach dla grupy wiekowej 15+ typu “jestem waszym przyjacielem, a nie gościem, który będzie na was krzyczał i cisnął”. Akuk, propsy za ten tekst 🙂 Rodzinnie jednak mam korzenie nauczycielskie (ojciec (sorry Akuk :D), babcia, dziadek, ciocia) i znowu – to ja taki byłem czy parkour mnie takim stworzył?

Parkour wywiózł mnie i wywozi w dalekie zakątki świata w sposób zarówno konwencjonalny, jak i niekonwencjonalny. Miałem okazję pojechać do Lisses autostopem, ale też ostatnio do Dubaju zwyczajnie, samolotem. Podobnie normalnie w związku z okołoparkourowymi biznesami odwiedziłem Monachium, Helsinki, Londyn, Kopenhagę i niedawno norweski Saprsborg. Godzin w pociągach i na dworcach wolę nie liczyć, a niegdyś zbierane bilety i pamiątki z tych wszystkich lat względnie niedawno uroczyście wyrzuciłem, mocno zapełniając kosz 🙂 Kto wie, czy gdybym wystartował w castingu do WipeOuta to bym się nie dostał i nie stanął przed podobnym problemem co Tiago, który nie miał paszportu? O. Teraz. Ważne! Człowieku parkourowy, otwarty i niegłupi, który czytasz tego bloga. Weź i sprawdź datę ważności swojego paszportu. Nie masz paszportu? To jutro idziesz do odpowiedniego urzędu u siebie i go wyrabiasz. Niech sobie leży w szufladzie i się kurzy. Mój się nie przydał przez 5 lat od wyrobienia, ale nagle wyskoczył Dubaj i naprawdę nie chciałbym (i Ty też nie chcesz) stracić szansy takiego wyjazdu przez taką głupotę i myślenie “a po co mi, gdzie ja tam poza UE będę podróżował”. Nie wiesz. Trochę jak z ubezpieczeniem zdrowotnym. Lepiej płacić, ale o ile akurat tu mamy nadzieję “zmarnować” te składki i nigdy nie zachorować, o tyle na dalekiego tripa to każdy by raczej chciał móc polecieć 🙂 Niemniej jednak znowu, wychowali mnie tripowaci rodzice. W domu zawsze było dużo map, przewodników i albumów po różnych krajach i miastach. Rodzice np. zjeździli maluchem całe Włochy. Z ojcem byłem w Chorwacji (też maluchem :D) czy rumuńskich Karpatach, zawsze wpajane mi było, że muszę znać angielski. Dlatego zapewne, wchodząc w parkour i poznając przez internet ludzi z całej Polski i nie tylko logicznym dla mnie było wyruszenie w świat kiedy tylko się dało.

Parkour otworzył mi świat multimediów. Miałem po co kupić aparat, uczyć się obróbki zdjęć, tworzenia plakatów, bannerów, stron internetowych i innych form graficznych. Pozwoliło mi to w późniejszym czasie zarobić łącznie kilka tysięcy złotych i to jeszcze przed końcem studiów, czyli jednak będąc na utrzymaniu rodziców. Co lepsze, nigdy nie wiązałem jakiejś poważniejszej przyszłości z taką działalnością, ale obracanie się wśród różnych ludzi pozwalało na bycie tym kimś z pytań “zna ktoś kogoś kto coś ogarnia z photoshopa?”. Zacząłem nagrywać i sklejać filmiki. Nie mam ich za dużo na koncie, ale kiedykolwiek gdziekolwiek pojawi się konieczność zrobienia nawet prostego filmu będę tą osobą, która odpowie “ale to jest proste, daj, ogarnę” na pojawiające się problemy typu “ale to niedasie, bo to trzeba profesjonalnego kamerzystę ze studiem montażowym”. Pojawi się pytanie “kiedy sampler?!” Nie no. W tym roku będzie. Na pewno, w końcu to jubileusz 10 lat. Spoko. To samo mówiłem po 5 latach treningów 😀 Wreszcie, miałem i mam okazję do pisania. Mam o czym pisać i na czymś się znam. Nawet podobno dobrze piszę i ktoś tam lubi to czytać. Zaniedbałem co prawda także i tę sztukę w ciągu ostatnich kilku lat (studia panie…), ale coś tam jednak zostało i dalej mnie ciągnie do klawiatury i długich zdań.

Parkour dał mi żonę. Serio 😀 Albo to tylko ja sobie wyprowadzam tak ten wniosek. No ale. Kobiety lubią facetów z pasją. Facet z pasją to facet zadbany. Zadbany psychicznie, bo stan naszych dłoni z oskubanymi odciskami, pociętych nadgarstków, obitych kolan i goleni świadczy raczej o tym, że się z naszymi ciałami w tańcu nie… patyczkujemy. Facet jak kot, co ma swoje ścieżki, ale do domu wraca. Ze zdobyczą dla rodziny, ale też z potrzebą ciepła i spokoju. I teraz bądź tu mądry męski człowieku, jak jest na tym świecie trochę mądrych, pięknych i wspaniałych kobiet, ale Ty sam nie wiesz czy nadajesz się do bycia w związku. Poznajesz taką kobietę i będąc na pewnym levelu umysłowym potrafisz zauważyć coś więcej niż to, że rchbś ją. U mnie historia jest krótka. Wpadłem w oko pewnej dziewczynie właśnie dlatego, że zaimponował jej parkour, obczaiła mnie na youtube i bum, chodziliśmy ze sobą. Świetny czas konfrontacji własnych teorii, poglądów i stawianych sobie oraz drugiej osobie wymagań z rzeczywistością. Świetny czas nauki o relacjach, reakcjach, odczuciach i uczuciach. Czas ten jednak dobiegł końca, bo z mojej strony był jedynie zakochaniem, które się wypaliło i dalej palić nie chciało. Nabrałem jednak pewności co do samego siebie. Dostrzegłem, że mogę być wartościowym partnerem dla wartościowej i ukochanej kobiety. Taką kobietę znałem i to jeszcze przed parkourem i w przyjaźni żyliśmy sobie przez kilka lat, aż do momentu, w którym oboje tak naprawdę dostrzegliśmy kim sami jesteśmy i kim możemy być dla siebie nawzajem. I może to naiwny wniosek, aie nie wydarzyłoby się to tak pomyślnie i nie zgrało idealnie w czasie, gdyby nie to, że pewnej czerwonowłosej dziewczynie spodobała się białowłosa małpa z Huty 😀

Parkour dał mi pracę. Pracę marzeń, bo od zawsze mama wpajała mi, że muszę mieć własną firmę. Sam zawsze chciałem móc pracować niezależnie od szefów, ale przede wszystkim od miejsca pobytu. W końcu, jak niestety nie każdy, zawsze chciałem robić coś, co mnie będzie prawdziwie jarać. Co będzie sprawiało, że weekend będzie denerwujący, bo nic się nie da załatwić, nigdzie nie można zadzwonić i poniedziałek będzie wybawieniem. Wiedząc jak ryzykowne jest w ogóle życie, chciałem, by utrzymanie moje i mojej rodziny zależało w większości od tego, co mam w głowie niż co potrafi zrobić moje ciało. Wszystko to, co sobie wymarzyłem w tych podstawowych kwestiach – osiągnąłem. Dalej to rozwijam, dostosowuję do realiów i bieżących problemów, ale czym są problemy jak nie przeszkodami, a z kolei czym są przeszkody, jeśli nie miejscówkami do treningu. Swoją drogą ot paradoks. Doszedłem tu gdzie jestem dzięki pokonywaniu przeszkód, a teraz zarabiam na ich tworzeniu 😀 W tym miejscu porada. Jeśli masz dość oldskullowe podejście typu “parkour to hobby, a pracę trzeba mieć, żeby mieć hajs” to ok. Pod jednym warunkiem. Lub tę pracę. Niech Ci leci te 8 godzin tak szybko, że będzie Ci żal wychodzić. Lub poniedziałki. Nie musisz zarabiać parkourem. Zarabiaj z pasją, a parkour nie musi być tą jedyną. Połącz różne pasje. U mnie – inzynieria, budownictwo, mechanika i parkour. U innych – filmy, ale na początku samplery parkourowe, a potem reklamy, dokumenty, teledyski…

W końcu i na końcu. Parkour nauczył mnie spokojnego postępu. Stopniowego. Krok po kroku. Bez pośpiechu. Mądry człowiek z Wieliczki – Lordbarth, trenuje od 2004 r. zaczął mając 26 lat – dość wcześnie sprowadził moje ambicje i chęć podążania za szybko progresującą i robiącą duże rzeczy resztą. Pokazał mi, że nie ma się dokąd spieszyć, o ile odpowiem sobie twierdząco na pytanie czy chcę trenować parkour za 5, 10, 15 lat. Posłuchałem starszego kolegi. Efekt? Została nas garstka w całej Polsce. Osób zaczynających treningi 10-11 lat temu. Wielu odpadło właśnie przez zdrowie i głupio złapane kontuzje. Rzadko kiedy krytyczne, ale niektórych 2-3 miesięczna przerwa zablokowała na zawsze. A ja? A ja i mój poziom totalnie nie pasują do ponad 3650 dni, czyli potencjalnych 3650 treningów. “Po takim czasie musisz mieć mega skill”. Muszę? Wybrałem parkour między innymi dlatego, że nie muszę. Ale czy na pewno robię to niezależnie od ludzi dookoła? Tego dowiecie się już z następnego tekstu, którego może nie urwę dlatego, że ma 3 strony!  😀

Piona!

6 uwag do wpisu “acTENone, czyli ACTEmu dekada minęła jak jeden dzień

  1. Ale fajneee. : D mam nadzieje że jak będę obchodził swój jubileusz 10 lat treningu ( bo jest to jeden z moich celów), to będę mógł napisać chociaż w połowie tak fajny wpis jak twój. Lecę na trening. Dzięki! 🙂

    Polubienie

  2. Coś wspaniałego! Kawał dobrej roboty i jednocześnie wyśmienity przykład dla młodych traceurów. Lepiej skakać całe życie czerpiąc z tego radość i zdrowie, niż zmuszać się do robienia dużych trudnych rzeczy tylko dla zdobycia uznania wśród kolegów po fachu. Na duże rzeczy przychodzi czas, ale czasem warto sobie odpuścić i wykonać coś łatwiejszym sposobem zachowując przy tym zdrowie + możliwość daleszego delektowania się dalej parkour któremu zawdzięczamy tak wiele.

    Polubienie

  3. Good One. Keep on training.

    Właśnie sam wróciłem z treningu. Mi 10 lat mija w sierpniu. Mam tak samo. Powoli, nawet myślę sobie, że zbyt wolno, ale zawsze do przodu. Co będzie za kolejne 10 lat?

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s